WYBIEGANY MIESIĄC

Wybiegany lipiec 2018

wybiegany lipiec

W lipcu zaskoczyły nas ogromne opady deszczu, a potem równie uciążliwe upały, pobiliśmy rekord dziennego zużycia prądu, emocjonowaliśmy się Tour de France, zajęliśmy większość kwater nad morzem i w górach oraz pochłanialiśmy najlepsze sezonowe owoce, czyli borówki. Ja natomiast z radością odwiedziłam najprawdziwszą bacówkę i po raz pierwszy dowiedziałam się jak to jest złapać kapcia na rowerze.

Kultura

Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku. Chciałam odwiedzić Solidarność, ale zostałam przegłosowana. Muzeum podobało mi się pod względem architektonicznym, zaskoczyło mnie swoją nowoczesnością, ale niestety pozostawiło jednak niedosyt. Zdaję sobie sprawę, że druga wojna jest tak obszernym tematem, że nie sposób dokładnie przedstawić każdy jej aspekt. Jednak czułam, że po niektórych tematach tylko się „prześlizgujemy”. Dodatkowo wychodząc z sal na główny korytarz momentalnie ulatywały emocje i szybko przypominałam sobie, że to muzeum, a na polu jest upalna pogoda.

Koncert Zenka Martyniuka. Darmowy koncert, który trwał czterdzieści minut. Zgromadził pokaźne tłumy. Ulice się zakorkowały, na parkingach brakowało miejsc, a Zenek po kilku piosenkach i pięciu „Krynica! Jak się bawicie?” zszedł ze sceny. Ot takie kulturalne wydarzenie 😉

Jedzenie

Jedzenie nigdy nie smakuje tak dobrze jak po wysiłku. Banan po półmaratonie to przysłowiowe niebo w gębie! A szarlotka? Szarlotka najlepiej smakuje w schronisku nad Morskim Okiem.

Może teraz coś zdrowego – chłodnik podawany w jednym z lokali w Gdańsku na ulicy Piwnej. Jako fanka chłodników nie mogłam sobie odmówić takiego talerza. Smakował tak wspaniale jak wygląda. Cały czas przymierzam się do zrobienia własnego w domu. Chyba już najwyższa pora 😉

Sukces

Otwarcie działalności. Powołałam do życia własną, osobistą, jednoosobową firmę, której nazwy jeszcze chwilowo nie chcę zdradzać. Pewnie więcej o niej napiszę w przyszłości, ale na ten moment cieszę się, że udało mi się załatwić wszystkie formalności i z radością przyznaję, że wcale nie było trudno!

Miejsca

Wpadamy do Sandomierza, a tutaj rycerze, targi i mnóstwo turystów. A, że my też prawie jak turyści to idealnie wmieszaliśmy się w tłum.

Gdańsk. Bardzo lubię to miasto, ale zdecydowanie za rzadko w nim bywam! W jeden dzień udało mi się odwiedzić muzeum, zrobić pamiątkowe zdjęcie z Neptunem, przespacerować się po Długim Targu, zjeść dobre lody  i obowiązkowo znaleźć fajny magnes.

Kościelisko. Kiedy chcesz pojechać w góry, ale niekoniecznie marzysz o tym by przemykać slalomem przez Krupówki, zawsze możesz zameldować się w Kościelisku. Jest spokojnie i cicho. O poranku zawsze możesz wybrać się do doliny, od której mieszkasz 200 metrów, a gdy zatęsknisz za tłumem bus lub własne auto bez problemu dowiozą Cię tam, gdzie jest wiele oscypków i jeszcze więcej turystów.

Bacówka. Prawdziwa, najprawdziwsza bacówka, w której można dostać oscypka ręcznie wyrabianego przez bacę i jego żonę. Koszt takiej przyjemności to dwa złote i pięćdziesiąt groszy. Panią, która stała przed nami w kolejne i była wyraźnie niezadowolona, że tak drogo, baca odesłał do straganu przed doliną, gdzie można kupić takiego po złotówce. Doceniajmy wkład pracy i zwracajmy uwagę na smak, nie tylko na cenę 😉

Miłe momenty

Najpiękniejsze momenty nad polskim morzem to bezapelacyjnie zachody słońca.

Odkrycia

dzikach w Krynicy Morskiej słyszałam jedynie z opowieści albo z filmików, które niegdyś obiegły internet. W tym roku miałam okazję przekonać się, że dziki w Krynicy są i wcale nie boją się ludzi. Stoją na trawie, przechadzają się chodnikami i ewidentnie bardzo dobrze czują się w tym miejscu. Na pamiątkę trzech spotkań z dzikami mam magnes.

Droga rowerowa do Rosji? Czemu nie! Co prawda nie do samej Rosji, a pod granicę, ale to nie umniejsza jej piękna. Ponad trzydzieści kilometrów, które można przebyć szutrową drogą w lesie, cały czas podążając wzdłuż wybrzeża. Odległość odmierzają wejścia na plażę. Przy pierwszym znajdujemy się już niedaleko Kaliningradu. Fajnie, że nadmorskie kurorty inwestują w takie rozwiązania i turyści mogą też pojeździć na rowerach.

Stodoła w Zakopanem. Lokal, do którego nigdy nie wchodziliśmy. Jednak okazało się, że mają pyszne mięsa i zupy, a porcje tak wielkie, że aż trudno je zjeść.

W ostatni dzień miesiąca dokonałam odkrycia największego. Dowiedziałam się jak to jest jechać z przebitą oponą. Po wyruszeniu z pracy sprawdzałam ją kilkukrotnie, ale zdecydowanie stwierdziłam, że jest twarda, więc „to nie to”. A jednak to. Hałasowałam niemiłosiernie, zwracałam uwagę turystów na bulwarach, a do tego wiozłam w koszyku szpilki, które przez kurierskie zawirowania nie mogły do mnie wcześniej dotrzeć. Rowerowy chrzest zapamiętam na długo, podobnie jak potworne zakwasy, które doskwierały mi dwa dni po tym jak skończyłam prowadzić rower już bardziej siłą woli niż własnych mięśni.

Dobrego sierpnia!

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać