WYBIEGANY MIESIĄC

12 wyjątkowych i niezapomnianych chwil z 2017 roku

W 2017 tego biegania nie było tak wiele, bo końcówka roku to raczej odpoczynek niż zaplanowane roztrenowanie, ale mimo to, ten rok był bardzo udany. Nie ze względu na życiówki czy rekordy, ale wspaniałe podróże, wspólne starty i wyjątkowe chwile, które przeżyłam.

1. 37,8 w dzień startu 5 Biegu Wielki Serc

Do Biegu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy mam jakiegoś pecha. Pierwszy start był udany, rok później ( w 2016) wszędzie był lód, a na facebook’u pojawiły się zdjęcia oblodzonej trasy. Zdecydowaliśmy, że skoro nie mamy nawet jak dość do przystanku to nie będziemy próbować biec. Organizatorzy posypali trasę piaskiem, uczestnicy wystartowali, ale raczej nie biegiem tylko posuwistym ruchem do przodu. Oczywiście żałowałam, że jednak się nie zdecydowaliśmy, ale znając moje szczęście wylądowałabym z nogą albo ręką w gipsie. Natomiast w 2017 pokonał mnie nie lód, a gorączka i choroba. Pierwszy raz tak niefortunnie rozchorowałam się przed samym startem. Liczę, że 14 stycznia 2018 nic już nam się (no dobra, mnie) nie przytrafi i pobiegniemy.

2. Pomylenie godziny startu półmaratonu w Warszawie i pierwszy w życiu przejazd metrem 

Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy! I mam nadzieję, że ostatni. Kiedy uświadomiliśmy sobie w hotelu, że bieg ruszył kilka minut temu, a my nie mamy na sobie nawet butów, nie wspominając o numerkach i posiłku przedstartowym, pobiegliśmy na start ile sił w nogach, a w rezultacie i tak czekaliśmy na naszą strefę czasową. Całe szczęście, że w Warszawie startują takie tłumy.

3. Bieg z panem Romanem w trakcie Półmaratonu Marzanny

Pan Roman jest niezastąpiony. Uczestniczy w parkrunach, półmaratonach i maratonach. Na głowie zawsze ma charakterystyczną czapkę z pawim piórem, która już niejedno przeszła. Przez dwadzieścia jeden kilometrów  pan Roman w roli pacemakera opowiada o Krakowie, zadaje zagadki i potrafi rozbawić dowcipem. Trzeba się liczyć z tym, że zapyta jaki zawód uprawiał pierwszy maratończyk i ile jest kopców w Krakowie. W tych momentach zawsze milczę, bo nie o to chodzi żeby krakuska przyjezdnym psuła zabawę. Szczerze polecam towarzystwo pana Romana, jeśli kiedyś zjawicie się w Krakowie na zawodach, szukajcie czapki z pawim piórem!

4. Spotkanie z Panną Anną

Specjalnie przed spotkaniem wstąpiłam do Empiku żeby kupić „Zakochaj się w bieganiu”. Czekając na jego początek zdążyłam przeczytać zaledwie kilka stron, ale już widziałam, że książka będzie merytoryczna, ale zarazem przyjemna i zabawna. Czyli taka jak sam blog Panny Anny. Udało mi się także zamienić kilka zdań z Anią, która podała mi sprawdzone porady w temacie kontuzji i zmotywowała do dalszego działania. Myślę, że Wybiegana powstała w dużej mierze dzięki energii otrzymanej na tym spotkaniu. Ania zaraża optymizmem, tylko spójrzcie na ten uśmiech! 🙂

5. Zmiana trasy Biegu Nocnego na trzy okrążenia wokół błoń

Dwa lata temu ulewa, rok temu potworny deszcz, a w 2017? Ulewa z potwornym deszczem. Tak intensywna, że organizatorzy postanowili zmienić trasę. Wielka szkoda, bo bardzo lubię Nocną Dychę i padła na niej niejedna życiówka, ale przynajmniej mam co wspominać. A przecież nieoczekiwane zwroty akcji w bieganiu też mają swój urok!

6. Narodziny Wybieganej

Odkąd pamiętam pisałam blogi, miałam je już na wielu serwisach, o najróżniejszych tematach, więc pisanie zawsze przewijało się gdzieś w moim życiu. Pierwszego bloga założyłam z koleżanką w podstawówce. Był cały zielony, a w każdym wpisie nie brakowało gifów z brokatem. To były czasy! Dzisiaj cieszę się, że powstała Wybiegana, na której mogę podzielić się z Wami przemyśleniami na każdy temat, nawet ten niesportowy.

7. Start w Biegu AGH na zakończenie studiów

Postanowiłam symbolicznie uczcić odejście z uczelni i tytuł magistra, który pojawiał się gdzieś na horyzoncie. Po raz pierwszy i zapewne ostatni wystartowaliśmy w Biegu AGH, ale patrząc na ten piękny medal nie wiem czy nie skusimy się na start i w kolejnej edycji już jako „absolwenci” 😉

8. Bieg wśród wrocławskich krasnali i najlepsza pizza 

Bardzo lubię Wrocław, bo przypomina mi troszkę Kraków, dlatego Nocny Półmaraton na dolnym śląsku był na liście moich sportowych marzeń i celów. Bieganie wśród krasnali, między zabytkowymi kamieniczkami i po urokliwych mostach było wspaniałym doświadczeniem, przebiło nawet stolicę. Jeśli chcecie się wybrać na jakiś gościnny półmaraton to w ciemno jedźcie do Wrocławia, naprawdę warto! A po biegu koniecznie odwiedźcie ulicę Szewską, gdzie serwują wyśmienitą pizzę!

9. Zgubienie się po półmaratonie w lesie w środku nocy

Wypuścili nas z drugiej strony stadionu, źle popatrzyłam na mapkę, więc poszliśmy w prawo zamiast w lewo, potem chwilę za tłumem… i w efekcie znaleźliśmy się w wielkim, ciemnym lesie daleko od hotelu. Jak zwykle okazuje sie, że kobieta jednak nie powinna nawigować wyprawą, a już zwłaszcza po półmaratonie. Przebrnęliśmy przez las, asfaltową ścieżką, mijając ludzi, który o pierwszej w nocy postanowili samotnie po owym lesie pospacerować. Oczywiście z oddali od razu wydali mi się podejrzani, więc adrenalina rosła, a gdyby ktoś zaczął nas gonić to nie dobiegłabym nawet do kolejnego drzewa. Na szczęście, to co sobie zaczęłam wyobrażać nie miało nic wspólnego z rzeczywistością i po jakimś czasie dotarliśmy do drogi, a nią do hotelu.

10. Uczestnictwo w pierwszym parkrunie po miesiącach prób

W każdą sobotę o poranku wypadło „coś”, co uniemożliwiało mi zjawienie się na parkrunie. Najczęściej było to lenistwo, potrzeba dłuższego snu, brak formy, deszcz albo zwyczajne zaspanie. Nie byłam najlepiej zmotywowanym, potencjalnym uczestnikiem, przyznaję. Ale jednak raz udało mi się na owy parkrun dotrzeć i to dokładnie w momencie braku formy. Było dość ciężko, ale była też motywacja do tego żeby skończyć ten cholerny odcinek pięciu kilometrów i odpocząć na mecie z kubkiem ciepłej herbaty. Do tej pory był to mój pierwszy i jedyny parkrun, ale liczę, że w 2018 się to zmieni.

11. Bycie kibicem na Runnmagedonie

Do dziś cieszę się, że nie przyszło mi do głowy wystartować w Runnmagedonie. Na początku miałam taki przebłysk, ale potem odpuściłam. I całe szczęście, bo te pionowe ściany, rury po których trzeba było się wspinać… Jestem uparta i jak coś zacznę to zawsze chcę to skończyć, ale to byłoby dla mnie zdecydowanie za wiele. Dlatego też podziwiam wszystkie dziewczyny, które dzielnie pokonywały wszystkie przeszkody, zawstydzając niejednego faceta 😉 Jak przekonam się do siłowni to może, może za rok…

12. Wspólny bieg w trakcie 3 Cracovia Półmaraton

Ten punkt mimo, że oddzielny zawiera się też w tych powyższych. Każdy start w 2017 roku (oprócz Runnmagedonu) był naszym wspólnym startem. Razem zaczynaliśmy i kończyliśmy. Żadne z nas w tym roku nie miało wielkich ambicji, celów w postaci rekordów czy życiówek, więc przeważnie dla przyjemności, komfortowym tempem każdy dystans pokonywaliśmy razem. Jedno drugie motywuje, wspiera, czasem można trochę odreagować i wspólnie ponarzekać albo poprzeklinać, oblać się wodą czy wreszcie wyścigować na ostatnich metrach przed metą. Razem zawsze raźniej, zabawniej i po prostu fajniej. Dobrze jest mieć z kim biegać – to chyba najważniejszy wniosek z 2017 roku.

W 2018 życzę Wam dużo zdrowia, energii, ambitnych, ale i realnych celów, pięknej pogody w trakcie startów, jak najmniejszej ilości „ścian”, dużo wsparcia od rodziny i znajomych, pięknych medali, smacznych posiłków przedstartowych, niezawodnych butów, realizacji marzeń i przede wszystkim pięknych wspomnień z każdego treningu i biegu, o których opowiemy sobie za rok!

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać