PRZYGOTOWUJĘ SIĘ DO ZAWODÓW

Biegaj i zwiedzaj (z umiarem)!

Kiedy już wystartujesz we wszystkich zawodach w swoim mieście masz ochotę na jakąś odmianę. Wówczas zaczynają się wycieczki, do innych miast, miasteczek lub krajów. Podróż pociągiem, ekscytacja przed startem, poszukiwanie drogi do biura zawodów, następnie własnego hotelu, dobrego jedzenia, no i oczywiście zwiedzanie! Bez zwiedzania, te wyjazdy nie miałyby sensu! Choć czasem samo to zwiedzanie bardziej męczy niż bieganie 😉 

Gdyby nie Półmaraton Warszawski nie zwiedzilibyśmy stolicy w dwie godziny. Nie wpadlibyśmy zapewne na Stadion Narodowy, gdzie mieściło się biuro zawodów. Gdyby nie naglący nas czas pewnie niechętnie dałabym się namówić na podróż metrem i potwornie wielkiego burgera na dzień przed startem. Gdyby nie Nocny Półmaraton we Wrocławiu nie poszukiwałabym przez pół dnia tamtejszych krasnali, ani nie spacerowała po mieście o pierwszej w nocy z medalem i butelką wody, następnie gubiąc się w lesie. Gdyby nie truchtanie po mojej okolicy, nigdy nie odkryłabym całej trasy Młynówki Królewskiej, prowadzącej do Bronowic. Tak, tak, nie wiedziałam, że jest taka długa.

Zwiedzamy kiedy biegniemy, choć jest to ekspresowe podziwianie zabytków, budynków, mostów, uliczek i rozmaitych atrakcji. To co najczęściej widzimy to plecy osób biegnących przed nami, własne stopy lub tarcza zegarka. Jednak w tym pędzie, z przyśpieszonym oddechem zawsze uda nam się dojrzeć coś naprawdę interesującego albo pięknego. Kiedy w Warszawie przebiegaliśmy Mostem Świętokrzyskim, byłam autentycznie zachwycona. Chwilę później, gdy zobaczyłam odrapane, stare kamieniczki, byłam przekonana, że to musi być Praga! Choć nigdzie nie mogłam dostrzec żadnej tabliczki. Gdyby nie półmaraton pewnie nigdy bym się na Pragę nie zapuściła, bo i po co skoro można zwiedzać muzea i starówkę.

Zwiedzamy też przed biegiem, co nie do końca jest mądrym rozwiązaniem (a na pewno w takiej ilości). Ale ja po prostu nie potrafię usiedzieć w miejscu! Zwłaszcza, kiedy jestem poza Krakowem. Robię ranking najciekawszych miejsc, następnie restauracji z dobrym jedzeniem i tworzę mapkę, według której mamy poruszać się po mieście. Muszę do tego dodać jeszcze wizytę w biurze zawodów oraz czas na zameldowanie się w hotelu. Potem już można zwiedzać!

W marcu nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego (no dobra, ja nie mogłam). Byłam pod ogromnym wrażeniem całej wystawy. Chodziliśmy po niej ponad trzy godziny, z przerwą na kawę, bo zaczynaliśmy już odczuwać zmęczenie. Pomijając aspekt historyczny i kulturalny, decyzja o pójściu do muzeum dzień przed półmaratonem nie była moim najlepszym pomysłem. Po godzinie zwiedzania zaczęła boleć mnie stopa i tak już zostało do wieczora. Ale i tak byłam z siebie dumna, gdyż podróżowaliśmy po mieście metrem, autobusem  i tramwajem. Gdyby nie bieg, nie byłoby o tym pewnie mowy.

Skoro zwiedzamy w trakcie i przed biegiem, to oczywiście nie możemy odmówić sobie tego także po zawodach, co często jest ryzykownym pomysłem. Po nocnym półmaratonie we Wrocławiu następnego dnia wybraliśmy się do zoo. Do zoo, którego powierzchnia wynosi ponad 30 hektarów, a spacer między wybiegami zwierząt i oceanarium zajmuje przeciętnie cztery, pięć godzin. Wtedy dopiero sobie człowiek uświadamia, że jak nie zobaczy tej pandy, tamtego lwa i kilku żurawi to właściwie nic się nie stanie. A ławki są takie wygodne! I jeszcze w słońcu, obok wybiegu z żyrafami i budki z zimną kawą. Po zakupie mapki za trzy złote z automatu można taktycznie wytyczyć trasę tak, aby oszczędzić zmęczone już nogi, ale jednocześnie zobaczyć coś ciekawego, skoro już zapłaciło się za wstęp. Najlepiej odpoczywało mi się przy wybiegu hipopotamów, niedźwiedzi i słoni. A właściwie to w każdym miejscu, gdzie na siedząco można było popatrzeć na zwierzęta.

Bardzo trudno jest mi się powstrzymać przed bieganiem po mieście jeszcze zanim zaczną się właściwe zawody. Chcę być wszędzie, wszystko zobaczyć i wykorzystać każdy moment. Po biegu też żal leżeć w łóżku i spać, skoro można zobaczyć coś nowego, innego i nieznanego. Bieganie jest fantastycznym bodźcem, dzięki któremu pod pretekstem zawodów można zwiedzić nie tylko Polskę, ale i cały świat. Jednak mimo wszystko warto zachować w tym rozsądek, żeby nie przysiadać się do obcych ludzi na ławce albo wieszać na poręczach w muzeum. Dlatego biegajcie i zwiedzajcie, bo nie ma nic fantastyczniejszego, ale jednak z umiarem żebyście mieli siłę na powrót do domu!

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać