MAM KRYZYS! Z DYSTANSEM

Bieganie trzeba lubić, czyli kryzys w związku

Przez pięć lat mój związek z bieganiem przeżywał dynamiczne wzloty i nagłe upadki. Potrafiłam wstać o szóstej by przebiec trzydzieści kilometrów w ramach przygotowań do maratonu. Udawało mi się także olewać treningi przez dwa, trzy tygodnie, bo było mi z nimi zupełnie nie po drodze. Jednak mimo kryzysów i rozstań zawsze do tego biegania wracałam.

Czasem zdarza się tak, że najbardziej zmotywowana do biegania jestem w trakcie choroby, bólu głowy albo uciążliwej kontuzji. Wtedy chce mi się biegać jak mało kiedy 😉 Odliczam dni, gdy będę miała siły, gdy spadnie gorączka albo skończy się antybiotyk. A gdy wyzdrowieje? Zdarza się, że lecę na ścieżkę czym prędzej, ale bywa też tak, że potrafię nadal nie biegać przez kolejny tydzień mimo pełni sił. I nie widzę tu powodu do wstydu, bo nie zawsze ma się głowę do myślenia o sporcie i nie zawsze ma się ochotę aktywnie go uprawiać. Każdy prędzej czy później przeżywa nie jeden, nie dwa kryzysy. Tym bardziej podziwiam ludzi, którzy potrafią otwarcie powiedzieć – słuchaj, dzisiaj mi się nie chce, to bieganie nie ma sensu.

Z bieganiem jest trochę jak ze związkiem dwojga ludzi. Najpierw masz ochotę widywać się codziennie i spędzać ze sobą każdą godzinę, ale kilka lat później wiesz, że fajnie też wyskoczyć na spacer z przyjaciółką albo poczytać książkę w samotności. Innymi słowy – nadal to lubisz, ale przyjemność dają Ci także inne rzeczy. A są jeszcze przecież kryzysy. Skoro potrafisz pokłócić się z partnerem to równie łatwo możesz obrazić się na bieganie. Dlatego, że nie idzie Ci tak dobrze jakbyś chciał, bo pogada nie ta, bo zakwasy, bo masz dużo spraw na głowie, bo wolisz posiedzieć w domu, bo po prostu nie chce Ci się latać w tych getrach po ulicach i już!

Jednak prędzej czy później przychodzi taki moment, kiedy autentycznie zaczynasz tęsknić za bieganiem. Ale dzieje się tak tylko wtedy, kiedy naprawdę je lubisz. Gdy zmuszasz się do niego by zrzucić kilka kilogramów albo prześcignąć koleżankę z pierwszego piętra nigdy na dobrą sprawę się z nim nie zaprzyjaźnisz. Dobrą motywacją do powrotu na ścieżkę mogą być zawody, życiówka czy ta koleżanka z bloku, ale jednak tym co najskuteczniej może nas do tego przekonać jest właśnie sympatia czy poczucie wolności. Gdyby od początku chodziło mi o wyniki czy ściganie się z kimkolwiek nie biegałabym już od dawna. Czas i bycie szybszym od kogoś są tak względne, że zupełnie nie warto się nimi sugerować. Jedynym powodem, dla którego wracam do biegania jest fakt, że po prostu to lubię, bez względu na wszystko.

Czasem szybko potrafię zatęsknić za bieganiem, a czasem wzbraniam się przed nim całymi dniami. Wówczas górę bierze rozsądek. Nawet, gdy bardzo mi się nie chce i nawet głupi serial intryguje mnie bardziej niż bieganie, gdzieś z tyłu głowy mam, że z każdym dniem moja forma ucieka. Im dłużej będę się gniewać, tym trudniej będzie mi przebiec nawet pięć kilometrów. Będę się męczyć, łapać kolkę i znów złościć, że tak zawaliłam, siedząc w domu i olewając ruch przez ostatnie dni czy tygodnie. Nie chodzi mi o jakieś rekordy, ale zwykły, płynny bieg, który mogę odbyć z przyjemnością bez zadyszki. Po powrocie z pierwszego wymuszonego treningu po przerwie, gdy fizycznie czuję się okropnie, a psychicznie wręcz fantastycznie, robię rachunek sumienia. I to ten moment, kiedy znów zaczyna się chcieć. Powstają plany i rozpiski, a kolejny kryzys uważam za zażegnany. Oczywiście do następnego razu 😉

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać