CHCĘ ZACZĄĆ BIEGAĆ

Błędy biegaczy: 6 absurdalnych przekonań, które towarzyszyły mi, gdy zaczynałam biegać

Początkujący biegacze popełniają mnóstwo błędów. Mówi się, że najlepiej uczyć się na własnych, ale gdybyście chcieli nauczyć się trochę na moich nie mam nic przeciwko. 

Moje początki biegania to nie był jeszcze czas, gdy bieganie było bardzo popularne. Dopiero później moda na półmaratony, maratony i życiówki zaczęła się rozkręcać. Książek też tyle nie było, choć w Internecie można było oczywiście znaleźć mnóstwo informacji. Ale jak się miało dziewiętnaście lat i było się najmądrzejszym na świecie to trudno żeby człowiek szukał pomocy na portalach albo słuchał innych. Sama wiedziałam co trzeba robić, pić, jak biegać i kiedy trenować. Efekt? No cóż. Był dość marny, choć nadal byłam przekonana, że wszystko robię najlepiej i właśnie tak jak trzeba.

Myślę, że gdybym wtedy zaczęła lepiej moją przygodę z bieganiem, dziś może szybciej osiągnęłabym przyzwoite wyniki i byłabym znacznie dalej (niż jestem) w swoim sportowym rozwoju. Ale jak człowiek chce do wszystkiego dojść sam i robi wszystko „bo tak” to nie ma się co dziwić, że nie widzi efektów. Morał z tego taki, że czasem trzeba coś poczytać albo posłuchać innych, niekoniecznie muszą być to nawet uznani specjaliści, bo i partner albo znajomi mogą coś doradzić. Najważniejsze to czasem ich posłuchać.

W co wierzyłam sześć lat temu?

1. „Bieg poniżej 10 km jest bez sensu.”

Bo jak biec to dziesięć, dwanaście, a najlepiej czternaście. Krótko mówiąc bardziej szłam na ilość niż jakość. Choć wtedy bardzo lubiłam zrobić kilka kółek wokół błoń i autentycznie sprawiało mi to przyjemność. Nie chodziło o to żeby wybiegać jak najwięcej kilometrów dla ogólnej sumy w miesiącu, ale o to żeby na tym fajnym, przyjemnym bieganiu spędzić więcej czasu. W efekcie człapałam sobie komfortowym tempem i niezmiennie cieszyłam z każdego biegu. Godzina to było takie moje minimum, kiedy zdążyłam nacieszyć się pogodą, muzyką i świeżym (wtedy jeszcze) powietrzem w Krakowie.

Jednak po pierwszych zawodach – Biegu na Kopiec Kościuszki, okazało się, że kompletnie nie mam szybkości. Mogłam biec godzinę, półtorej, ale przyśpieszyć nie było jak i z czego. Mimo, że wiedziałam, że krótkie odcinki mogą dobrze wpłynąć na moją szybkość nie potrafiłam się do nich przekonać, stąd punkt drugi.

błędy biegaczy

2. „Nie będę wychodzić na 5 km, szkoda się nawet ubierać.”

Krótki bieg wydawał mi się stratą czasu. Bo jak już wyjść to na tę godzinę albo więcej. A na trzydzieści minut? Kto to widział, żeby człowiek zakładał te wszystkie ciuchy, podpinał słuchawki, łapał sygnał GPS w Endomondo tylko po to żeby pobiegać zaledwie moment. Gdy miałam czas na trening nie chciałam go marnować, wychodząc na zaledwie pięć kilometrów. Nikt nie był w stanie przekonać mnie, że takie treningi też powinnam wykonywać, bo nie będę wstanie nikogo wyprzedzić na trasie ani szybko finishować. Mogli sobie gadać, a ja i tak wiedziałam swoje, wiec postanowiłam biegać ponad dziesięć kilometrów tylko… szybciej. Na początku szło mi całkiem nieźle, ale potem bywało już różnie. Zwalniałam, zatrzymywałam się albo spacerowałam. Nie byłam w stanie utrzymać szybkiego tempa przez dłuższy okres czasu. Do tego, że czasem warto wyjść na taki półgodzinny bieg, na dobrą sprawę, przekonałam się nie tak dawno. Ale lepiej późno niż wcale.

3. „Ćwiczenia na macie to nuda!”

Kiedyś chętnie ćwiczyłam na macie, ale gdy zaczęłam biegać machanie nogą i brzuszki zaczęły wydawać mi się takie monotonne, mało atrakcyjne i nieciekawe. Mata zaczęła kurzyć się w kącie pokoju, a buty do biegania miały swoje pięć minut. Jednak mata po pewnym czasie wróciła do łask jak się okazało, że ta moc w nogach, siła w rękach i dobra pozycja w trakcie biegu są związane również z ćwiczeniami statycznymi i wzmocnieniem całego core. Gdy na nowo polubiłam się z matą i nadal kochałam się w ponadgodzinnych treningach zaczęłam biegać i ćwiczyć tego samego dnia. Rano bieg, potem ćwiczenia. No i tu też poniosłam porażkę, zapominając o regeneracji i odpoczynku, także mentalnym. Dziś wiem, że warto stawiać na jedno i drugie, ale tak rozplanować te aktywności w tygodniu by trochę pobiegać, spędzić czas na macie, ale mieć również dzień, w trakcie którego nie robię kompletnie nic.

4. „Przed biegiem trzeba się dobrze rozciągnąć.”

Nie rozgrzać, co to to nie. Rozciągnąć! Skłony i te sprawy. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, że nie rozciąga się nierozgrzanych mięśni. Zaraz po tym jak trochę się porozciągałam, wyruszałam w trasę. Dziś rozciągam się, ale już po bieganiu, a przed staram się rozgrzać, ale przyznaję, że nie zawsze mi się to udaje. Dla jasności dodam jeszcze, że można rozciągać się przed treningiem, ale pod warunkiem, że najpierw wykonamy rozgrzewkę. Czyli rozgrzewka – rozciąganie – bieg – rozciąganie. Tak to powinno wyglądać.

błędy biegaczy

5. „Biegam, więc piję izotoniki. Na każdym treningu.”

Skoro teraz biegam to powinnam również korzystać z napojów dla sportowców. Oshee i Powerade zaczęły zatem często gościć w moim domu. Miałam swoje dwa ulubione smaki, które chętnie wkładałam do koszyka w supermarkecie w ilościach niemalże hurtowych. Na szczęście trwało to stosunkowo krótko, bo gdy do rąk wpadła mi książka Julity Bator zrozumiałam, że nie kalorie są najważniejsze w pożywieniu, a jego skład. A gdy zajrzycie na etykietkę izotoników zobaczycie tam oczywiście przydatne elektrolity czy witamy, ale również cukier, barwniki i całkiem sporą ilość kalorii. Pomyślałam, że wcale nie jest mi to potrzebne do szczęścia ani do tego by dobrze biegać. Zamieniłam je na wodę, a przy wymagających treningach wolę przygotować własny, domowy izotonik.

6. „Układ rąk wcale nie ma znaczenia.”

Myślałam, że robię to dobrze. Ale jak zobaczyłam zdjęcie z mety biegu RMF na Kopiec Kościuszki… Trochę kaczka, trochę gąska, takie nieskładne ruchy i te ręce jakoś przedziwnie skrzyżowane. Od razu zabrałam się za czytanie na ten temat i okazało się, że książkowo przecinałam sobie drogę biegu. Czyli robiłam dokładnie to, czego nie powinnam. Postanowiłam nauczyć się pracować rękami inaczej, tak by „ciągnęły” mnie do przodu, a nie spowalniały. Teraz jest już znacznie lepiej, ale przed metą maratonu to nawet te ręce miałam gdzieś. Póki mam siły, energię i biegnie mi się dobrze układają się idealnie. Teraz muszę popracować nad tym by przy kryzysach i zmęczeniu również chciały pracować tak samo.

A jak z Waszymi początkami biegania? Mieliście swoje własne przekonania? Dajcie znać! Z perspektywy czasu fajnie się z nich pośmiać 😉

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać