Z DYSTANSEM

Czy każdy biegacz to sportowy zakupoholik?

Na początku z radością biegasz w starych dresach, adidasach pamiętających czasy liceum i znoszonej bluzie. Wygląd się nie liczy, tylko determinacja i kolejne postępy. A potem lądujesz w Nike’u czy innym Adidasie, spłukując się z połowy wypłaty, bo przecież w byle czym biegać nie będziesz! 

Też tak miałam. I przypuszczam, że ma tak chyba każdy, kto biega. Na początku właściwie nie potrzebujemy nic po za własnym przekonaniem, że bieganie to nie wstyd i nadzieją, że nie spotkamy nikogo znajomego. Kilkadziesiąt kilometrów później i parę obtarć dalej nasz pogląd nieco się zmienia i zaczyna się etap w którym bezgranicznie zakochujemy się we wszystkim co dri-FIT, slim i fast. I tutaj już przepadliśmy na dobre. Póki nie przestaniemy biegać, każda nowa kolekcja ciuchów, but o ulepszonej amortyzacji (i w zupełnie nowym odcieniu zieleni!) zawsze będą krzyczeć do nas ze sklepowych półek, facebook’owych reklam i newsletterów.

kaboompics_Grey sport shoes

Kiedy pięć lat temu zaczynałam biegać nie miałam nawet telefonu, w którym można byłoby zainstalować coś takiego jak Endomondo! (Miałam za to całą klawiaturę qwerty, która podobała mi się do czasu, gdy zrozumiałam, że jest zupełnie niepraktyczna.) Biegałam wówczas w towarzystwie znajomych, nie licząc ani czasu ani odległości, bo nikt z nas na początku pierwszego roku studiów nie posiadał smartfona. Biegałam więc w przyjemnej nieświadomości, pokonując przeważnie około 4 kilometrów. I był to naprawdę świetny czas!

Potem przyszło Endomondo. Międzyczasy, dystans, najszybsze odcinki, spalone kalorie – wszystko to fantastycznie motywowało do aktywności. Ale tak patrzeć na telefon na ramieniu? Zupełnie niepraktyczne! W dodatku aplikacja nierzadko gubiła GPS’a, coś dodała, coś odjęła… Nie było wyjścia, trzeba było zamówić u Mikołaja zegarek 😉 Mam go już półtorej roku, bardzo sobie chwalę, ale pewnie niedługo wypuszczą całkiem nowy model, z totalnie nowymi (pewnie dla mnie zbędnymi) funkcjami i co zrobię? Mam nadzieję, że nie kupię! Bo umówmy się, przejście z komórki na zegarek jest świetnym rozwiązaniem i niezwykle praktycznym, ale zmiana kolejnych modeli zegarów tylko ze względu na design to już zbędny wydatek.

Z uśmiechem na ustach wspominam czas, gdy futerał na telefon gwarantował mi zawsze rozmowę z co najmniej trzema nieznajomymi osobami na trasie. W parku, przy przejściu dla pieszych, wychodząc z klatki, zawsze ktoś mnie zaczepiał i pytał, co ja dziwnego mam na ręce. Wtedy bieganie jeszcze nie było tak popularne i nawet studenci z UP potrafili zatrzymać mnie na ścieżce żeby zapytać, gdzie można kupić „to coś na ramię”. Dzisiaj gigantyczny smartfon na ramieniu już nikogo nie dziwi.

Sprzęty, sprzętami, ale jak kuszą ubrania! Dobry stanik, kilka koszulek, bluza, kurtka, leginsy, krótkie spodenki i czapka w zupełności powinny nam wystarczyć na wiosnę, lato i jesień. Ale przecież nie o to chodzi żeby ciągle w jednej koszulce pokazywać się na ścieżce! I tak rozpoczyna się etap rozmnażania. Z pięciu t-shirtów robi się siedem, dziesięć, a potem to już lepiej nie liczyć. Na koncie pieniędzy jakby mniej, a ostatecznie i tak biegamy w dwóch, bo przecież są ulubione i najładniejsze. Do tego dochodzą koszulki z biegów i zaczyna brakować miejsca w szafie. Kiedy zauważyłam, że mam więcej technicznych koszulek do biegania niż tych do chodzenia po ulicy trochę się przeraziłam (dla jasności nie wszystkie kupowałam, część z nich to prezenty!) Okazało się też, że faktycznie biegam tylko w trzech, a reszta zalega na półce. Przejrzałam je po kolei, a te nieodpowiednie oddałam na zbiórki odzieży dla biednych. Od tego momentu nie kupiłam jeszcze żadnej, choć wystawy sklepowe nieustannie mnie kuszą!

Na koniec najtrudniejsza sprawa – buty. Na całe szczęście ceny najnowszych modeli zaczynają się od 600 złotych wzwyż, więc jest szansa, że przestaną się nam podobać niczym uzbieramy odpowiednią kwotę. Gorzej jak miłość do buta jest bezgraniczna! Wtedy są dwa rozwiązania – albo ktoś rozsądnie myślący (przeważnie partner) wybije nam to z głowy, albo sami dojdziemy do wniosku, że te nasze obecne nie są takie złe i wyglądają całkiem nieźle 😉 Moje zauroczenie Ultra Boostami X za bagatela 750 złotych trwa do dziś. Jednak rozsądek wygrał i postawiłam na inny model w bardziej przystępnej, jak na studenta, cenie. Mam ze sobą niepisaną umowę, że buty wymieniam po przebiegnięciu około 1000 – 1200 kilometrów, co przeważnie kończy się zakupami w okolicach stycznia każdego nowego roku. I nie ma przebacz, wcześniej nie kupię!

kaboompics_Grey sport shoes (2)

Zauważyłam, że zakupy biegacza przeważnie zaczynają się od „biegam w starym dresie przecież jest ok, nic prócz dobrych butów nie jest mi potrzebne”. Potem przychodzi moment na zainteresowanie ofertą Decathlonu, aż w końcu jako rasowi biegacze nie możemy sobie pozwolić na wędrowanie po ścieżkach bez odpowiedniego, markowego znaczka. Oczywiście trochę koloryzuje, bo duże firmy to też lepsze materiały, technologia i większy wybór. Ale mimo wszystko tak wyjść teraz w dresie albo starych butach? Obciach!

Musimy przyznać, że kochamy nowinki technologiczne, kolorowe koszulki i leginsy z coraz to dziwniejszymi rozcięciami i prześwitami. Sportowy zakupoholizm dopadł nas i pewnie szybko nie odpuści. Ale z drugiej strony, na co najlepiej wydawać, jak nie na sport! Oczywiście z umiarem, żeby starczyło też na dobre jedzenie, zakup kolejnego pakietu startowego i jakiś inny ciuch, w którym niekoniecznie trzeba biegać 😉

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać

  • Edyt

    To kiedyś nie było smartfonów?! 😀 nie ma to jak stare adidasy kompletnie nie nadające się do biegania :3