Z DYSTANSEM

Ja wolno, Ty szybko, czyli bieganie w związku

Różnimy się wszystkim, więc i na bieganie każde z nas ma swój sposób. Wspólnie startujemy w zawodach, jeździmy po Polsce, wspieramy się i wzajemnie uczymy znienawidzonych aspektów biegania. Ja szybkości, a on cierpliwości.

Gdy umówię się z moim mężczyzną na bieganie o ósmej, ale pięć po nadal jeszcze leżę w łóżku, wiem, że spokojnie mogę przełożyć spotkanie na dziewiąta. O dziewiątej już wyjścia nie mam („To biegniemy czy nie?”) więc wstaje i lecę na miejsce spotkania. Gdy zaczynamy bieg już po kilku krokach mam świadomość, że to nie ten dzień. Tęsknym wzrokiem patrzę na każdą ławkę i marzę żeby rozwiązał mi się but. Przecież nie mogę się zatrzymać od tak, dlatego też przez pierwsze kilometry twardo udaje, że tempo 5:10 min/km wcale nie robi na mnie wrażenia. Przyklejam uśmiech na twarz i skinieniem głowy potwierdzam, że jest dobrze. Właściwie to nie jest tak źle i przez moment jestem mu wdzięczna, że w końcu potrenuje szybkie bieganie i może machnę ten rekord w półmaratonie. Ale uczucie to nie trwa zbyt długo, bo szybko zaczynam opadać z sił i koniec z tą całą farsą. Zwalniam, zatrzymuje się i siadam na ławce.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego ona mu po prostu nie powie, że to za szybko? Po pierwsze duma i ambicja, wiecie jak to jest. Po drugie naprawdę bardzo chciałabym biegać szybciej, więc taki trening to dla mnie jak zbawienie. Sama nigdy nie narzuciłabym sobie takiego tempa. Po trzecie, on zapewne wie, że to za szybko, ale też doskonale zdaje sobie sprawę jak słabo idzie mi szybkie bieganie i jak bardzo potrzebuje motywacji. Niby udaje, że nie dostrzega, niby zwalnia żebym się nie przemęczała, a jednak nadaje tempo. Po czwarte, nie po to się spotykamy żeby się z tym całym bieganiem cackać.

Po krótkim odpoczynku wracają siły i wspólnie lecimy dalej. Już nieco wolniej i od razu jest przyjemniej! Można pogadać, napić się łyka wody, pośpiewać piosenki pod nosem i mentalnie przygotować się na szybszy fragment, który zaraz nastąpi. Wiem, że wytrzymam przez chwilę, a potem znów będę mogła zwolnić i z tą myślą lecę przed siebie. Wsparcie nie zawodzi, biegniemy dalej, jak będę miała mdleć to wtedy będziemy się przejmować. Wiadomo, że jak jest źle to nie ma wyjścia trzeba stanąć, usiąść albo nawet spacerem wrócić do domu. Ale kiedy jest całkiem nieźle, a ja nie mam motywacji do szybkiego biegu (bo to przecież nie zawody) to wiem, że On dopilnuje żebym jednak coś z siebie dała i nauczyła się szybciej przebierać nogami.

Ale żeby było sprawiedliwie! On za to nie umie biegać wolno. Poważnie. Wiele razy się zastanawiałam jak to możliwe, ale właśnie tak jest. Dlatego też jestem idealnym kompanem do długich wybiegań, w trakcie których trzeba utrzymywać stałe, stosunkowo wolne tempo. Tutaj już nie ma mowy o ławkach, odpoczynkach ani słabościach. Wolę wybiegać dwadzieścia kilometrów niż zrobić pięć w szybkim tempie. On ma zupełnie odwrotnie, dlatego jest szansa, że razem zajedziemy daleko, a przynajmniej nawzajem się czegoś nauczymy.

Biegające pary, czy też macie podobne treningowe perypetie? Biegać razem to jednak nie taka prosta sprawa zwłaszcza, gdy jedno jest żółwiem, a drugie zającem 🙂

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać