CHCĘ ZACZĄĆ BIEGAĆ PRZYGOTOWUJĘ SIĘ DO ZAWODÓW

Pierwszy maraton: co czułam na starcie?

W przyszłym roku miną dwa lata odkąd po raz pierwszym pokonałam czterdzieści dwa kilometry, a mam wrażenie jakby to było wczoraj. Choć nie pamiętam każdego fragmentu trasy, w głowie mam wiele obrazów ze startu, mety czy poszczególnych punktów żywieniowych. Doskonale także przypominam sobie, co miałam w głowie kilka minut przed dziewiąta w strefie czasowej.

Każdy pierwszy raz jest niepowtarzalny. Podobnie jak każdy pierwszy bieg na określonym dystansie. Mimo kolejnych życiówek i tak większość biegaczy wspomina pierwszy trening, pierwszy półmaraton, maraton i dyszkę na zawodach. Później większość treningów i zawodów zaczyna się rozmywać, a te pierwsze i tak pozostają w głowie. Nigdy nie zapomnę swojego debiutu w półmaratonie, który opatrzony był szeregiem błędów. Najwięcej kolek, najwolniejszy czas, zły krok i okropna taktyka. Ale był tym pierwszym, więc wspominam go z ogromnym sentymentem.

Do tej pory przebiegłam tylko jeden maraton, więc siłą rzeczy pamiętam z niego naprawdę wiele. Pod Tauron Areną minął mnie na przykład Kenijczyk, który potem wygrał cały Cracovia Maraton. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nawet mój nadgarstek był grubszy od jego łydki. I na tych patykach przeleciał maraton w trochę ponad dwie godziny! Muszę przyznać, że gdy dojrzałam te jego kenijskie nogi odwróciłam wzrok, bo na żywo wyglądało to naprawdę przerażająco. Jak pałeczki do szaszłyków, które można złamać jednym ruchem. Ale jak widać wcale nie były takie kruche skoro zasuwał na nich tempem, które ja osiągam jadąc na rowerze 😉

Skoro skupiałam się nawet na kenijskich łydkach to właściwie można by pomyśleć, że nie taki straszny ten maraton. I jest w tym sporo prawdy, bo kilka godzin biegu minęło mi zaskakująco szybko, nie przeżyłam osławionej ściany, a na drugi dzień miałam niewielkie zakwasy (i piękny medal ;)). Ale przed wcale taka mądra nie byłam. Nastawiłam się na najgorsze i z tym przekonaniem wystartowałam. Mentalnie byłam bardziej przygotowana na zejście z trasy niż pokonanie jej w imponującym, jak dla mnie, czasie. Co czułam przed startem?

Ekscytację

Nie mogłam uwierzyć, że to teraz, już, zaraz. Po miesiącach przygotowań, wybiegań, ćwiczeń w końcu nadszedł ten moment, kiedy zaraz minę start. Będzie fantastycznie, przeżyje coś po raz pierwszy, pokonam koronny dystans i będę wśród kilku procent ludzi na świecie, którzy w swoim życiu pokonują czterdzieści dwa kilometry!

Zniecierpliwienie 

Już dziewiąta, dlaczego nie ruszamy? Ile mamy czekać? Ja chcę już biec! Jednak nie ma tak łatwo 😉 Nim przesuną się początkowe strefy, za nimi te środkowe, dopiero my będziemy mogli popędzić na trasę. Mijają kolejne minuty, przebieram nogami, ale nadal nie przesuwamy się ani o milimetr. Biegnijmy już, proszę!

Poczucie, że nie umiem biegać

„Jak się stawiało te nogi?” – pytam chłopaka, który wtedy w roli kibica, dziwnie na mnie patrzy. „Naprawdę nie wiem, a ręce? Jak to się ruszało?” Zgłupiałam. Przed startem pierwszego maratonu czułam się jakbym nigdy nie przebiegła ani kilometra. Jak totalny żółtodziób, który na płycie rynku znalazł się przypadkiem.

Strach

Nie dość, że nie wiedziałam jak się biega to jeszcze bałam się kolki, ściany, kontuzji, bólu, skurczy i faktu, że nie dobiegnę na metę. Właściwie wszystko widziałam w czarnych barwach, bo mimo przygotowań kilometraż mnie przerażał. Teraz wiem, że wszystko wtedy wyolbrzymiłam, bo nie spotkała mnie żadna z wymienionych przeszkód.

Ciekawość 

Jak to jest tyle przebiec? Czy taka trasa się dłuży? Czy po drodze będzie dużo kibiców? Jak przy każdym pierwszym razie w głowie jest mnóstwo pytań. Te były już bardziej pozytywne i sprawiały, że autentycznie byłam zaintrygowana tak długą trasą, jej organizacją i wrażeniami, jakie na mnie czekają.

Senność 

Z jednej strony ekscytacja, podniesione ciśnienie, a z drugiej senność. Z wrażenia nie mogłam w nocy spać. Nie wiem czy bardziej byłam zafascynowana faktem, że biegnę czy bardziej spanikowana, ale sen nie chciał nadejść w żadnym momencie. Udało mi się przysnąć na chwilę około czwartej i modliłam się żeby ten deficyt snu nie odbił się na mojej dyspozycji. I mam raczej na myśli przebiegnięcie trasy niż bicie rekordów.

Zwątpienie

Co ja tutaj robię? Po cholerę zapisałam się na ten bieg? Nie wystarczą mi półmaratony? I najlepsze – może jednak wrócę do domu? Przez krótki moment o tym myślałam, ale jednak ekscytacja, ciekawość wzięły górę. Nie po to się przygotowałam by teraz uciekać.

Wygląda na to, że przed startem czułam właściwie wszystko prócz głodu. Ale i ten dopadł mnie koło dziesiątego kilometra, bo z wrażenia zapomniałam o jedzeniu na trasie. Mimo lekkiego przerażenia i chęci ucieczki bardzo cieszę się, że było mi dane to przeżyć. Przy kolejnych maratonach już powinno być zdecydowanie łatwiej. Chętnie poczytam także o Waszych „pierwszych razach” i historiach sprzed linii startu! Piszcie śmiało!

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Share on LinkedIn

Może Ci się również spodobać

  • Iwona Bugaj

    Co to ściana?😜

    • Moment kiedy boli Cię wszystko i fizycznie i mentalnie, masz w dupie ten bieg i chcesz wracać do domu 😀 Wielki kryzys!